piątek, 26 października 2018

Wspomnienie o Zygmuncie


Już więcej niż trzy lata minęło od dnia, w którym odszedł, a ciągle go mile wspominam. Był moim przyjacielem opiekunem i mentorem, który pomógł mi odnaleźć się w środowisku barkarzy Żeglugi Bydgoskiej i nie tylko w nim. Uporządkował moje poglądy na wszystkie dziedziny życia, często zastrzegał że nie jest omnibusem, chociaż w pewnym sensie nim był. Był też wyjątkiem wśród bydgoskich barkarzy, bo nie ukrywał zazdrośnie swojej wiedzy i bardzo się cieszę, że spotkałem go na swojej drodze życiowej, która dzięki niemu zrobiła się trochę jaśniejsza i mniej kręta.

Nigdy nie zapomnę jak razem jeździliśmy nocami metrem po Berlinie Zachodnim, łowiliśmy na wędki dziwne karpie koło EHS-u, bawiliśmy się na festynach w Dorsten i Munster albo w belgijskim miasteczku Izegem położonym daleko na zachód od Brukseli. To miasteczko to najbardziej na zachód położony punkt, do którego dopłynąłem barką, jednocześnie nasza barka była pierwszą polską jednostką, którą tam widzieli. Był to 1989 rok, zawieźliśmy tam ładunek cykorii, a świętowaliśmy nasz przyjazd hucznie przez trzy dni. Poznaliśmy wielu mieszkańców miasteczka i z częścią z nich byliśmy po imieniu.

Nie zapomnę też nieocenionej pomocy Zygmunta w Marien Hospital w Wesel, gdy paskudnie skręciłem nogę w śluzie. Tylko dzięki Zygmuntowi udało mi się przejść procedury szpitalne i po zaopatrzeniu powrócić na barkę i zdrowieć na niej, chociaż nie mogłem chodzić. Na szczęście wieźliśmy wtedy towar do Zwolle i płynęliśmy po rzece IJssel bez śluz, więc nie było żadnych kłopotów.



Zygmunt taki już był, pomagał bezinteresownie tylko dlatego, że ktoś pomocy potrzebował nie trzeba go było o to prosić. Ciągle gnała go ciekawość nowych miejsc, ludzi, historii … To on pokazał mi tunel pod Mitellandem w Wolfsburgu, to z nim pierwszy raz przeszedłem tunel pod rzeką w Rotterdamie, chcieliśmy wjechać na wieżę ale cena wydała nam się za duża, to z Zygmuntem zwiedziliśmy katedrę w Koloni … Nawet gdy barka stała w mało atrakcyjnym miejscu potrafił znaleźć interesujących ludzi do rozmowy lub brydża. Dziwił się barkarzom, którzy cały czas wolny na postojach spędzali z upodobaniem siedząc w sterówkach swoich barek, uważał że szkoda na to życia.

niedziela, 25 lutego 2018

W PRL-u fajnie było.


W 1987 roku przeprowadzano remont śluzy Gdańska Głowa, przez którą wiedzie najkrótsza droga śródlądowa z rzeki Wisły do Elbląga. Statek Żeglugi Bydgoskiej, na którym wtedy pływałem „Koziorożec – 04” dostarczał więc piasek wydobywany z dna Wisły znacznie  dłuższą drogą przez śluzę w Białej Górze i cały Nogat, który jest skanalizowany trzema stopniami wodnymi – Szonowo, Rakowic i Michałowo. „Koziorożec” to pchacz, a wożony przez nas piasek znajdował się na dwóch pchanych przez niego kontenerach, które nazywaliśmy pudłami, na każdym pudle wieźliśmy 400 ton wiślanego żwiru. Uciążliwość tej drogi polegała na tym, że długość naszego zestawu pchanego, czyli dwóch pudeł i pchacza wynosiła 80 metrów, a cztery śluzy przez które musieliśmy przepłynąć – Biała Góra i trzy na Nogacie – mają po 57 metrów, musieliśmy więc rozpinać zestaw przy każdej z nich i śluzować na dwa razy. Przepłynięcie Nogatu w jedną stronę zajmowało nam zazwyczaj cały dzień. Wożąc piasek do Elbląga zaobserwowaliśmy, że tą samą drogą co my pływają także barki Żeglugi Gdańskiej, które woziły do Elbląga również piasek tyle, że morski. Żwir wiślany był wykorzystywany w budownictwie, a piasek morski, który się do budownictwa nie nadaje   wykorzystywały jakoś funkcjonujące w tamtym czasie w Elblągu zakłady „Zamech” produkujące śruby okrętowe. Nie sądzę, żeby takiego piasku w okolicach Elbląga brakowało ale w tamtych  czasach nikt nie szukał prostych rozwiązań. Sprowadzano piasek z Gdańska, bo obowiązywały inne niż dzisiaj priorytety – każdy musiał mieć pracę.  

Tymczasem skończyli remontować Gdańską Głowę. Przestawiliśmy naszą pogłębiarkę poniżej Tczewa i zaczęliśmy wozić piach do Elbląga trasą wiodąca przez rzekę Szkarpawę. Była ona znacznie krótsza i zabierała nam o wiele mniej czasu. Po wpłynięciu z Wisły na Szkarpawę przez Gdańską Głowę, jedyną śluzę na tym szlaku, płynęliśmy z prądem rzeki Szkarpawy aż do Zalewu Wiślanego. Utkwił mi w pamięci zabawny most kolejowy nad Szkarpawą. Żeby przepłynął statek trzeba było kręcąc korbą, obrócić tory tak, że ustawione były równoległe do rzeki, a po jego przepłynięciu znów zamknąć most ustawiając tory w poprzek rzeki. Po wypłynięciu na Zalew, z którego widzieliśmy tylko mnóstwo trzcin, czym byłem trochę zawiedziony, bo spodziewałem się zobaczyć kawałek morza, skręciliśmy w prawo i znaleźliśmy się w ujściu Nogatu. Nogatem płynęliśmy  pod prąd około 10 kilometrów do miejsca, w którym łączy  się z nim Kanał Jagielloński, mieliśmy go tym razem po lewej stronie.  Pokonaliśmy więc całą trasę z Wisły do Elbląga w kilka godzin. Gdyby nie rozładunek moglibyśmy w tym samym jeszcze dniu wrócić na Wisłę do naszej pogłębiarki. Po zrobieniu kilku takich kursów zostaliśmy stamtąd odwołani. Przyszła dyspozycja, że mamy się stawić w Gdańsku, w naszej ekspozyturze na Przeróbce, nie wiedzieliśmy w jakim celu  mamy tam płynąć, nie było jednak kogo zapytać.
Opuściliśmy więc Wisłę przez śluzę Przegalinę i po Martwej Wiśle popłynęliśmy, zgodnie z dyspozycją, luzem do Gdańska. Na miejscu okazało się że zostaliśmy przydzieleni do pomocy w obsłudze największego polskiego dźwigu pływającego, wynajętego z PRO, który nazywał się „Maja”. Dźwig miał ściągnąć przęsło mostu Siennickiego, który właśnie był remontowany. Nasz statek miał pomagać „Mai” się ustawiać, a konkretnie zakładać na nabrzeże liny cumownicze, które były bardzo grube i ciężkie. Pracy było mało i była prosta, ustaliliśmy więc, że trzech ludzi na statku w zupełności wystarczy i każdy może na kilka dni jechać do domu. Tylko kapitan odmówił wyjazdu, chociaż go namawialiśmy, czuł się odpowiedzialny za statek i bał się podpaść. Nie miał jednak nic przeciwko temu, żebyśmy my na zmianę wyjeżdżali.  Pływaliśmy w Gdańsku około trzech tygodni, w tym czasie Krzysiek, który miał się właśnie żenić zapisał się na listę kolejkową na kupno lodówki, w jednym z domów towarowych w Gdańsku Wrzeszczu i był na liście osiemdziesiąty któryś.   Co drugą noc jeden z nas musiał jechać do tego sklepu i odstać trzy godziny, taki był warunek utrzymywania się na liście kolejkowej. Podczas naszego pobytu w Gdańsku  tylko raz przywieźli lodówki i Krzysiek przesunął się w kolejce o kilkanaście nazwisk. Komitet kolejkowy czuwał nad porządkiem za pomocą specjalnej listy, wykreślał z niej tych, którzy opuścili dwa nocne dyżury oraz tych, którzy dokonali deklarowanego zakupu. Jeżeli ktoś był zapisany na przykład na pralkę, to figurował na liście tak długo, aż kupił pralkę i w tym czasie mógł kupować wszystkie inne produkty, po każdej dostawie do sklepu,. W ten sposób Krzychu, będąc zapisany na lodówkę, której nie zdążył kupić, zanim odpłynęliśmy z Gdańska, stał się szczęśliwym posiadaczem odkurzacza, żelazka i chyba jakiegoś radia. O zakupie tego typu towarów bez kolejki nie można było w tamtych czasach nawet pomarzyć. 

Ta fotografia jest unikalna, chyba nikt inny nie pstryknął fotki w tym właśnie momencie.

  Po zdjęciu mostu Siennickiego przestaliśmy być w Gdańsku potrzebni, nie powróciliśmy już jednak do Elbląga. Wysłano nas znowu do wożenia piachu wiślanego, ale tym razem do Włocławka. W drodze do Włocławka płynęliśmy przez odcinek Wisły powyżej Bydgoszczy bardzo niebezpieczny i pełen mielizn. Powyżej Torunia główki regulujące bieg rzeki zrzedły, a później zupełnie zanikły, na odcinku około 100 km były przerzucone przez rzekę tylko dwa mosty w Toruniu, jeden drogowy i jeden kolejowy.


 Powyżej Torunia kursował jeden prom w okolicach Nieszawy koło Ciechocinka. Pięknie wyglądał malowniczo położony wzdłuż lewego brzegu Wisły Toruń ze starym miastem i starymi murami miejskimi, położonymi blisko rzeki.



 Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276