Słynne w naszym kraju mazurskie pochylnie na Kanale Elbląskim są
jedyne w swoim rodzaju, ponieważ mają już 150 lat i dlatego, że ich mechanizmy
napędzane są siłą płynącej wody. Z tych powodów stanowią cenny zabytek techniki
i unikalną ciekawostkę turystyczną, nie mają jednak znaczenia gospodarczego. Pochylnie dla barek nie są jednak rozwiązaniem nieznanym na świecie. Oczywiście tam gdzie trzeba rozwiązywać problemy transportu śródlądowego w grę wchodzą tysiące ton. Na nic nie zdałyby się pochylnie wyposażone w wózki przewożące kilkunastotonowe statki pasażerskie. To zupełnie inna skala. Nowoczesne pochylnie muszą być przystosowane do przewożenia towarowych barek. Najbardziej chyba znana pochylnia dla statków śródlądowych w Europie znajduje się w Belgii, w Ronquieres.
|
sobota, 1 grudnia 2018
Pochylnia Ronquieres.
środa, 28 listopada 2018
Wspomnienie o nauczycielu
W bardzo wielu notatkach o Panu Jurku można wyczytać, że był wybitnym propagatorem i miłośnikiem żeglugi śródlądowej i poświęcił jej właściwie całe swoje życie
Jerzy Hopfer- (ur. 26 lipca 1946 w Pile, zm. 2 września 2016[1] w Gorzowie Wielkopolskim[2]) – polski prawnik i polityk, samorządowiec, poseł na Sejm X kadencji.
„W 1983 został kierownikiem nadzoru wodnego Okręgowej
Dyrekcji Gospodarki Wodnej w Gorzowie Wielkopolskim].
Dowodził jako kapitan żeglugi śródlądowej lodołamaczem „Kuna”.
Pracował w nadzorze wodnym na stanowisku kierownika, przechodząc w 2008 do
Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej.
W latach 1989–1991 sprawował mandat
posła na Sejm kontraktowy
wybranego w okręgu
gorzowskim z puli Unii Chrześcijańsko-Społecznej.
Zasiadał w Komisji
Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, Komisji Polityki
Gospodarczej, Budżetu i Finansów, Komisji Przekształceń Własnościowych oraz w
trzech komisjach nadzwyczajnych.
Od 1998 do 2002 zasiadał w gorzowskiej
radzie miasta z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W
wyborach 2006 i 2010 ponownie ubiegał się o
mandat radnego z ramienia lokalnego komitetu wyborczego związanego z
prezydentem miasta Tadeuszem Jędrzejczakiem.
Pełnił również funkcję
przewodniczącego Stowarzyszenia Gorzowskich Wodniaków. Był ewangelikiem augsburskim,
zasiadał w radach parafialnych w Pile
i Gorzowie Wielkopolskim. „
Tyle
o jago życiu można wyczytać w Wikipedii, pominięto jednak fakt , że był również
nauczycielem i to nie tylko w pojęciu ogólnym, o którym wie każdy kto go
spotkał, bo całym swoim życiem starał się wpajać w ludzi zamiłowanie do wodniactwa każdego
rodzaju. Był także nauczycielem w sensie
szczególnym i konkretnym. Miało to miejsce w Bydgoszczy gdy był pracownikiem
Inspektoratu Żeglugi Śródlądowej mieszącego się wtedy na ulicy Marcinkowskiego.
Od września 1979 do czerwca 1982 roku funkcjonowało wtedy w Bydgoszczy
dwuletnie, policealne Studium Żeglugi Śródlądowej, mieściło się w Zespole Szkół
Mechanicznych na ulicy Świerczewskiego – obecnie Świętej Trójcy. W tym Studium
poznałem pana Jurka, który wykładał nam locję i nawigację. Studium ukończyły dwa roczniki i chociaż niewielu absolwentów
zatrudniło się później w Żegludze Bydgoskiej ale wykłady pana Jurka zapadły mi
w pamięć.
Trzeba
również stwierdzić, że wzmianka o tym iż Pan Jerzy był kapitanem lodołamacza
„Kuna” to jest niedopowiedzenie na temat jego związku z tym statkiem. Jego
stosunek do „Kuny” od początku był bardzo emocjonalny i nie sądzę, żeby bez
jego udziału ten stary lodołamacz mógł zaistnieć i funkcjonować. Głównie dzięki
niemu udało się wydobyć jego kadłub z dna Warty, a później Pan Jerzy poświęcił wiele czasu zachodu,
własnej pracy, a czasami własnych pieniędzy, żeby przywrócić statkowi dawny
blask. „Kuna” była oczkiem w jego głowie. Pamiętam jaki był rozgoryczony i jak
ciężko mu się było pogodzić z tym, że mu ją odebrano.
piątek, 26 października 2018
Wspomnienie o Zygmuncie
Już
więcej niż trzy lata minęło od dnia, w którym odszedł, a ciągle go mile
wspominam. Był moim przyjacielem opiekunem i mentorem, który pomógł mi odnaleźć
się w środowisku barkarzy Żeglugi Bydgoskiej i nie tylko w nim. Uporządkował
moje poglądy na wszystkie dziedziny życia, często zastrzegał że nie jest omnibusem,
chociaż w pewnym sensie nim był. Był też wyjątkiem wśród bydgoskich barkarzy,
bo nie ukrywał zazdrośnie swojej wiedzy i bardzo się cieszę, że spotkałem go na
swojej drodze życiowej, która dzięki niemu zrobiła się trochę jaśniejsza i
mniej kręta.
Nigdy
nie zapomnę jak razem jeździliśmy nocami metrem po Berlinie Zachodnim,
łowiliśmy na wędki dziwne karpie koło EHS-u, bawiliśmy się na festynach w
Dorsten i Munster albo w belgijskim miasteczku Izegem położonym daleko na
zachód od Brukseli. To miasteczko to najbardziej na zachód położony punkt, do
którego dopłynąłem barką, jednocześnie nasza barka była pierwszą polską
jednostką, którą tam widzieli. Był to 1989 rok, zawieźliśmy tam ładunek cykorii,
a świętowaliśmy nasz przyjazd hucznie przez trzy dni. Poznaliśmy wielu
mieszkańców miasteczka i z częścią z nich byliśmy po imieniu.
Nie zapomnę też nieocenionej pomocy Zygmunta w Marien Hospital w Wesel, gdy paskudnie skręciłem nogę w śluzie. Tylko dzięki Zygmuntowi udało mi się przejść procedury szpitalne i po zaopatrzeniu powrócić na barkę i zdrowieć na niej, chociaż nie mogłem chodzić. Na szczęście wieźliśmy wtedy towar do Zwolle i płynęliśmy po rzece IJssel bez śluz, więc nie było żadnych kłopotów.
Zygmunt taki już był, pomagał bezinteresownie tylko
dlatego, że ktoś pomocy potrzebował nie trzeba go było o to prosić. Ciągle
gnała go ciekawość nowych miejsc, ludzi, historii … To on pokazał mi tunel pod
Mitellandem w Wolfsburgu, to z nim pierwszy raz przeszedłem tunel pod rzeką w
Rotterdamie, chcieliśmy wjechać na wieżę ale cena wydała nam się za duża, to z
Zygmuntem zwiedziliśmy katedrę w Koloni … Nawet gdy barka stała w mało
atrakcyjnym miejscu potrafił znaleźć interesujących ludzi do rozmowy lub brydża.
Dziwił się barkarzom, którzy cały czas wolny na postojach spędzali z
upodobaniem siedząc w sterówkach swoich barek, uważał że szkoda na to życia.
niedziela, 25 lutego 2018
W PRL-u fajnie było.
W
1987 roku przeprowadzano remont śluzy Gdańska Głowa, przez którą wiedzie
najkrótsza droga śródlądowa z rzeki Wisły do Elbląga. Statek Żeglugi Bydgoskiej,
na którym wtedy pływałem „Koziorożec – 04” dostarczał więc piasek wydobywany z
dna Wisły znacznie dłuższą drogą przez
śluzę w Białej Górze i cały Nogat, który jest skanalizowany trzema stopniami
wodnymi – Szonowo, Rakowic i Michałowo. „Koziorożec” to pchacz, a wożony przez
nas piasek znajdował się na dwóch pchanych przez niego kontenerach, które
nazywaliśmy pudłami, na każdym pudle wieźliśmy 400 ton wiślanego żwiru. Uciążliwość
tej drogi polegała na tym, że długość naszego zestawu pchanego, czyli dwóch
pudeł i pchacza wynosiła 80 metrów, a cztery śluzy przez które musieliśmy
przepłynąć – Biała Góra i trzy na Nogacie – mają po 57 metrów, musieliśmy więc
rozpinać zestaw przy każdej z nich i śluzować na dwa razy. Przepłynięcie Nogatu
w jedną stronę zajmowało nam zazwyczaj cały dzień. Wożąc piasek do Elbląga zaobserwowaliśmy,
że tą samą drogą co my pływają także barki Żeglugi Gdańskiej, które woziły do
Elbląga również piasek tyle, że morski. Żwir wiślany był wykorzystywany w budownictwie,
a piasek morski, który się do budownictwa nie nadaje wykorzystywały jakoś funkcjonujące w tamtym
czasie w Elblągu zakłady „Zamech” produkujące śruby okrętowe. Nie sądzę, żeby
takiego piasku w okolicach Elbląga brakowało ale w tamtych czasach nikt nie szukał prostych rozwiązań.
Sprowadzano piasek z Gdańska, bo obowiązywały inne niż dzisiaj priorytety –
każdy musiał mieć pracę.
Tymczasem skończyli remontować Gdańską Głowę.
Przestawiliśmy naszą pogłębiarkę poniżej Tczewa i zaczęliśmy wozić piach do
Elbląga trasą wiodąca przez rzekę Szkarpawę. Była ona znacznie krótsza i
zabierała nam o wiele mniej czasu. Po wpłynięciu z Wisły na Szkarpawę przez
Gdańską Głowę, jedyną śluzę na tym szlaku, płynęliśmy z prądem rzeki Szkarpawy
aż do Zalewu Wiślanego. Utkwił mi w pamięci zabawny most kolejowy nad
Szkarpawą. Żeby przepłynął statek trzeba było kręcąc korbą, obrócić tory tak,
że ustawione były równoległe do rzeki, a po jego przepłynięciu znów zamknąć
most ustawiając tory w poprzek rzeki. Po wypłynięciu na Zalew, z którego
widzieliśmy tylko mnóstwo trzcin, czym byłem trochę zawiedziony, bo
spodziewałem się zobaczyć kawałek morza, skręciliśmy w prawo i znaleźliśmy się
w ujściu Nogatu. Nogatem płynęliśmy pod
prąd około 10 kilometrów do miejsca, w którym łączy się z nim Kanał Jagielloński, mieliśmy go tym
razem po lewej stronie. Pokonaliśmy więc
całą trasę z Wisły do Elbląga w kilka godzin. Gdyby nie rozładunek moglibyśmy w
tym samym jeszcze dniu wrócić na Wisłę do naszej pogłębiarki. Po zrobieniu
kilku takich kursów zostaliśmy stamtąd odwołani. Przyszła dyspozycja, że mamy
się stawić w Gdańsku, w naszej ekspozyturze na Przeróbce, nie wiedzieliśmy w
jakim celu mamy tam płynąć, nie było
jednak kogo zapytać.
Opuściliśmy więc Wisłę przez śluzę Przegalinę i po
Martwej Wiśle popłynęliśmy, zgodnie z dyspozycją, luzem do Gdańska. Na miejscu
okazało się że zostaliśmy przydzieleni do pomocy w obsłudze największego
polskiego dźwigu pływającego, wynajętego z PRO, który nazywał się „Maja”. Dźwig
miał ściągnąć przęsło mostu Siennickiego, który właśnie był remontowany. Nasz
statek miał pomagać „Mai” się ustawiać, a konkretnie zakładać na nabrzeże liny
cumownicze, które były bardzo grube i ciężkie. Pracy było mało i była prosta,
ustaliliśmy więc, że trzech ludzi na statku w zupełności wystarczy i każdy może
na kilka dni jechać do domu. Tylko kapitan odmówił wyjazdu, chociaż go
namawialiśmy, czuł się odpowiedzialny za statek i bał się podpaść. Nie miał
jednak nic przeciwko temu, żebyśmy my na zmianę wyjeżdżali. Pływaliśmy w Gdańsku około trzech tygodni, w
tym czasie Krzysiek, który miał się właśnie żenić zapisał się na listę
kolejkową na kupno lodówki, w jednym z domów towarowych w Gdańsku Wrzeszczu i
był na liście osiemdziesiąty któryś. Co drugą noc jeden
z nas musiał jechać do tego sklepu i odstać trzy godziny, taki był warunek
utrzymywania się na liście kolejkowej. Podczas naszego pobytu w Gdańsku tylko raz przywieźli lodówki i Krzysiek
przesunął się w kolejce o kilkanaście nazwisk. Komitet kolejkowy czuwał nad
porządkiem za pomocą specjalnej listy, wykreślał z niej tych, którzy opuścili
dwa nocne dyżury oraz tych, którzy dokonali deklarowanego zakupu. Jeżeli ktoś
był zapisany na przykład na pralkę, to figurował na liście tak długo, aż kupił
pralkę i w tym czasie mógł kupować wszystkie inne produkty, po każdej dostawie
do sklepu,. W ten sposób Krzychu, będąc zapisany na lodówkę, której nie zdążył
kupić, zanim odpłynęliśmy z Gdańska, stał się szczęśliwym posiadaczem
odkurzacza, żelazka i chyba jakiegoś radia. O zakupie tego typu towarów bez
kolejki nie można było w tamtych czasach nawet pomarzyć.
Ta fotografia jest unikalna, chyba nikt inny nie pstryknął fotki w tym właśnie momencie.
Po zdjęciu
mostu Siennickiego przestaliśmy być w Gdańsku potrzebni, nie powróciliśmy już
jednak do Elbląga. Wysłano nas znowu do wożenia piachu wiślanego, ale tym razem
do Włocławka. W drodze do Włocławka płynęliśmy przez odcinek Wisły powyżej
Bydgoszczy bardzo niebezpieczny i pełen mielizn. Powyżej Torunia główki
regulujące bieg rzeki zrzedły, a później zupełnie zanikły, na odcinku około 100
km były przerzucone przez rzekę tylko dwa mosty w Toruniu, jeden drogowy i
jeden kolejowy.
Powyżej Torunia
kursował jeden prom w okolicach Nieszawy koło Ciechocinka. Pięknie wyglądał
malowniczo położony wzdłuż lewego brzegu Wisły Toruń ze starym miastem i
starymi murami miejskimi, położonymi blisko rzeki.
Fragment mojej
książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)