piątek, 26 października 2018

Wspomnienie o Zygmuncie


Już więcej niż trzy lata minęło od dnia, w którym odszedł, a ciągle go mile wspominam. Był moim przyjacielem opiekunem i mentorem, który pomógł mi odnaleźć się w środowisku barkarzy Żeglugi Bydgoskiej i nie tylko w nim. Uporządkował moje poglądy na wszystkie dziedziny życia, często zastrzegał że nie jest omnibusem, chociaż w pewnym sensie nim był. Był też wyjątkiem wśród bydgoskich barkarzy, bo nie ukrywał zazdrośnie swojej wiedzy i bardzo się cieszę, że spotkałem go na swojej drodze życiowej, która dzięki niemu zrobiła się trochę jaśniejsza i mniej kręta.

Nigdy nie zapomnę jak razem jeździliśmy nocami metrem po Berlinie Zachodnim, łowiliśmy na wędki dziwne karpie koło EHS-u, bawiliśmy się na festynach w Dorsten i Munster albo w belgijskim miasteczku Izegem położonym daleko na zachód od Brukseli. To miasteczko to najbardziej na zachód położony punkt, do którego dopłynąłem barką, jednocześnie nasza barka była pierwszą polską jednostką, którą tam widzieli. Był to 1989 rok, zawieźliśmy tam ładunek cykorii, a świętowaliśmy nasz przyjazd hucznie przez trzy dni. Poznaliśmy wielu mieszkańców miasteczka i z częścią z nich byliśmy po imieniu.

Nie zapomnę też nieocenionej pomocy Zygmunta w Marien Hospital w Wesel, gdy paskudnie skręciłem nogę w śluzie. Tylko dzięki Zygmuntowi udało mi się przejść procedury szpitalne i po zaopatrzeniu powrócić na barkę i zdrowieć na niej, chociaż nie mogłem chodzić. Na szczęście wieźliśmy wtedy towar do Zwolle i płynęliśmy po rzece IJssel bez śluz, więc nie było żadnych kłopotów.



Zygmunt taki już był, pomagał bezinteresownie tylko dlatego, że ktoś pomocy potrzebował nie trzeba go było o to prosić. Ciągle gnała go ciekawość nowych miejsc, ludzi, historii … To on pokazał mi tunel pod Mitellandem w Wolfsburgu, to z nim pierwszy raz przeszedłem tunel pod rzeką w Rotterdamie, chcieliśmy wjechać na wieżę ale cena wydała nam się za duża, to z Zygmuntem zwiedziliśmy katedrę w Koloni … Nawet gdy barka stała w mało atrakcyjnym miejscu potrafił znaleźć interesujących ludzi do rozmowy lub brydża. Dziwił się barkarzom, którzy cały czas wolny na postojach spędzali z upodobaniem siedząc w sterówkach swoich barek, uważał że szkoda na to życia.

niedziela, 25 lutego 2018

W PRL-u fajnie było.


W 1987 roku przeprowadzano remont śluzy Gdańska Głowa, przez którą wiedzie najkrótsza droga śródlądowa z rzeki Wisły do Elbląga. Statek Żeglugi Bydgoskiej, na którym wtedy pływałem „Koziorożec – 04” dostarczał więc piasek wydobywany z dna Wisły znacznie  dłuższą drogą przez śluzę w Białej Górze i cały Nogat, który jest skanalizowany trzema stopniami wodnymi – Szonowo, Rakowic i Michałowo. „Koziorożec” to pchacz, a wożony przez nas piasek znajdował się na dwóch pchanych przez niego kontenerach, które nazywaliśmy pudłami, na każdym pudle wieźliśmy 400 ton wiślanego żwiru. Uciążliwość tej drogi polegała na tym, że długość naszego zestawu pchanego, czyli dwóch pudeł i pchacza wynosiła 80 metrów, a cztery śluzy przez które musieliśmy przepłynąć – Biała Góra i trzy na Nogacie – mają po 57 metrów, musieliśmy więc rozpinać zestaw przy każdej z nich i śluzować na dwa razy. Przepłynięcie Nogatu w jedną stronę zajmowało nam zazwyczaj cały dzień. Wożąc piasek do Elbląga zaobserwowaliśmy, że tą samą drogą co my pływają także barki Żeglugi Gdańskiej, które woziły do Elbląga również piasek tyle, że morski. Żwir wiślany był wykorzystywany w budownictwie, a piasek morski, który się do budownictwa nie nadaje   wykorzystywały jakoś funkcjonujące w tamtym czasie w Elblągu zakłady „Zamech” produkujące śruby okrętowe. Nie sądzę, żeby takiego piasku w okolicach Elbląga brakowało ale w tamtych  czasach nikt nie szukał prostych rozwiązań. Sprowadzano piasek z Gdańska, bo obowiązywały inne niż dzisiaj priorytety – każdy musiał mieć pracę.  

Tymczasem skończyli remontować Gdańską Głowę. Przestawiliśmy naszą pogłębiarkę poniżej Tczewa i zaczęliśmy wozić piach do Elbląga trasą wiodąca przez rzekę Szkarpawę. Była ona znacznie krótsza i zabierała nam o wiele mniej czasu. Po wpłynięciu z Wisły na Szkarpawę przez Gdańską Głowę, jedyną śluzę na tym szlaku, płynęliśmy z prądem rzeki Szkarpawy aż do Zalewu Wiślanego. Utkwił mi w pamięci zabawny most kolejowy nad Szkarpawą. Żeby przepłynął statek trzeba było kręcąc korbą, obrócić tory tak, że ustawione były równoległe do rzeki, a po jego przepłynięciu znów zamknąć most ustawiając tory w poprzek rzeki. Po wypłynięciu na Zalew, z którego widzieliśmy tylko mnóstwo trzcin, czym byłem trochę zawiedziony, bo spodziewałem się zobaczyć kawałek morza, skręciliśmy w prawo i znaleźliśmy się w ujściu Nogatu. Nogatem płynęliśmy  pod prąd około 10 kilometrów do miejsca, w którym łączy  się z nim Kanał Jagielloński, mieliśmy go tym razem po lewej stronie.  Pokonaliśmy więc całą trasę z Wisły do Elbląga w kilka godzin. Gdyby nie rozładunek moglibyśmy w tym samym jeszcze dniu wrócić na Wisłę do naszej pogłębiarki. Po zrobieniu kilku takich kursów zostaliśmy stamtąd odwołani. Przyszła dyspozycja, że mamy się stawić w Gdańsku, w naszej ekspozyturze na Przeróbce, nie wiedzieliśmy w jakim celu  mamy tam płynąć, nie było jednak kogo zapytać.
Opuściliśmy więc Wisłę przez śluzę Przegalinę i po Martwej Wiśle popłynęliśmy, zgodnie z dyspozycją, luzem do Gdańska. Na miejscu okazało się że zostaliśmy przydzieleni do pomocy w obsłudze największego polskiego dźwigu pływającego, wynajętego z PRO, który nazywał się „Maja”. Dźwig miał ściągnąć przęsło mostu Siennickiego, który właśnie był remontowany. Nasz statek miał pomagać „Mai” się ustawiać, a konkretnie zakładać na nabrzeże liny cumownicze, które były bardzo grube i ciężkie. Pracy było mało i była prosta, ustaliliśmy więc, że trzech ludzi na statku w zupełności wystarczy i każdy może na kilka dni jechać do domu. Tylko kapitan odmówił wyjazdu, chociaż go namawialiśmy, czuł się odpowiedzialny za statek i bał się podpaść. Nie miał jednak nic przeciwko temu, żebyśmy my na zmianę wyjeżdżali.  Pływaliśmy w Gdańsku około trzech tygodni, w tym czasie Krzysiek, który miał się właśnie żenić zapisał się na listę kolejkową na kupno lodówki, w jednym z domów towarowych w Gdańsku Wrzeszczu i był na liście osiemdziesiąty któryś.   Co drugą noc jeden z nas musiał jechać do tego sklepu i odstać trzy godziny, taki był warunek utrzymywania się na liście kolejkowej. Podczas naszego pobytu w Gdańsku  tylko raz przywieźli lodówki i Krzysiek przesunął się w kolejce o kilkanaście nazwisk. Komitet kolejkowy czuwał nad porządkiem za pomocą specjalnej listy, wykreślał z niej tych, którzy opuścili dwa nocne dyżury oraz tych, którzy dokonali deklarowanego zakupu. Jeżeli ktoś był zapisany na przykład na pralkę, to figurował na liście tak długo, aż kupił pralkę i w tym czasie mógł kupować wszystkie inne produkty, po każdej dostawie do sklepu,. W ten sposób Krzychu, będąc zapisany na lodówkę, której nie zdążył kupić, zanim odpłynęliśmy z Gdańska, stał się szczęśliwym posiadaczem odkurzacza, żelazka i chyba jakiegoś radia. O zakupie tego typu towarów bez kolejki nie można było w tamtych czasach nawet pomarzyć. 

Ta fotografia jest unikalna, chyba nikt inny nie pstryknął fotki w tym właśnie momencie.

  Po zdjęciu mostu Siennickiego przestaliśmy być w Gdańsku potrzebni, nie powróciliśmy już jednak do Elbląga. Wysłano nas znowu do wożenia piachu wiślanego, ale tym razem do Włocławka. W drodze do Włocławka płynęliśmy przez odcinek Wisły powyżej Bydgoszczy bardzo niebezpieczny i pełen mielizn. Powyżej Torunia główki regulujące bieg rzeki zrzedły, a później zupełnie zanikły, na odcinku około 100 km były przerzucone przez rzekę tylko dwa mosty w Toruniu, jeden drogowy i jeden kolejowy.


 Powyżej Torunia kursował jeden prom w okolicach Nieszawy koło Ciechocinka. Pięknie wyglądał malowniczo położony wzdłuż lewego brzegu Wisły Toruń ze starym miastem i starymi murami miejskimi, położonymi blisko rzeki.



 Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276




czwartek, 27 lipca 2017

Państwo strachu

Niemiecka Republika Demokratyczna dawno już przeszła do historii i chociaż właściwie nie była nawet prawdziwym państwem tylko radziecką strefą okupacyjną. Znajdujące się w niej drogi śródlądowe były jednak o całe niebo lepsze niż w Polsce. Już pierwsza śluza - Hohensaaten - przez którą przeszła nasza barka w 1988 roku wpływając do NRD zrobiła na mnie duże wrażenie.


Następna śluza, a właściwie podnośnia wodna Niderfinow jeszcze to wrażenie pogłębiła.


Zostaliśmy podniesieni przez podnośnię w Niderfinow na najwyżej położony odcinek kanału Odra – Hawela. Jego brzegi oraz dno są starannie uszczelnione, ponieważ przebiega on kilka metrów nad poziomem okolicznych pól i lasów. Podobnie jak na wszystkich innych kanałach używanie na nim kotwic jest zabronione. Wszystkie jednostki pływające już przed wjechaniem do podnośni muszą mieć kotwice zabezpieczone specjalnymi, krótkimi  linkami. Kilka kilometrów za wyjazdem z podnośni przepływaliśmy nad podwójną linią kolejową. Dla mnie był to kolejny, po podnośni cud techniki – kanał nad torami kolejowymi, który wypatrzyłem tylko przez przypadek, ponieważ akurat przejeżdżał pod nami pociąg. Taki umocniony i uszczelniony kanał ciągnął się aż do śluzy Lehnitz. Po jej prześluzowaniu w dół wypłynęliśmy na  jeziorkowaty szlak, taki jak na Starej Odrze poniżej podnośni.



Stwierdziłem, że w Lehnitz są dwie śluzy, jedna mniejsza, druga większa. Widocznie kiedyś w przeszłości, gdy była tu tylko jedna śluza i tworzyły się kolejki, więc zbudowano drugą równoległą komorę. Wrota śluzy Lehnitz podnoszone są pionowo do góry na  prowadnicach umieszczonych po obu stronach wjazdu. Takie rozwiązanie widziałem po raz pierwszy, ale potem przekonałem się, że jest ono stosowane powszechnie we wszystkich nowoczesnych śluzach. Długo potem, podczas płynięcia przez Niemcy nie zaobserwowałem ani jednej śluzy wyposażonej we wrota wsporne, powszechne na Kanale Bydgoskim i Noteci, wszędzie stosowany jest system zasuwowy, czyli potężne tafle stanowiące zamknięcie śluzy podnoszone były w pionie do góry. Jedyną śluzę wyposażoną we wrota wsporne Ne terenie RFN widziałem podczas tego rejsu na niewielkiej rzeczce Ruhrze, dopływie Renu.
*

Za śluzą, po przepłynięciu kilku kilometrów, przycumowaliśmy po lewej stronie kanału, do metalowych słupów, które znajdowały się przed mostem drogowym. Słupy łączył z oddalonym od nich kilka metrów brzegiem metalowy pomost. Gdy wyszliśmy na brzeg weszliśmy na most i po przejściu nad kanałem znaleźliśmy się w miasteczku Hennigsdorf. Moja załoga zamierzała uzupełnić w nim zakupy, ja oczywiście poszedłem z nimi wiedziony ciekawością, to był mój pierwszy rejs. Przed naszym rozejściem się do sklepów, kapitan ustalił czas odjazdu, który miał nastąpić po 1,5 godziny. Do sklepów spożywczych nie wchodziłem, bo prawie wszystkie pieniądze już wydałem. Kupiłem jednak, w czymś podobnym do naszego kiosku, atlas DDR- skich dróg wodnych i plan Berlina. Ciekawiło mnie gdzie się aktualnie znajdujemy i po której rzece płyniemy.

*

Obydwa zakupy mocno mnie rozczarowały. W atlasie wydanym w DDR-ach przez berlińsko - lipskie wydawnictwo turystyczne zamieszczono wyłącznie fragmenty dróg wodnych. Na poszczególne odcinki map naniesione były tylko najbliższe okolice rzek i kanałów, a dalsze obszary pozostawały pustą kartką. Dodatkowo orientację utrudniał fakt, że każda poszczególna mapka była inaczej ustawiona do północy i atlasem trzeba było ciągle obracać w inną stronę.





Na DDR- owskim planie Berlina natomiast, naniesione były tylko wschodnie jego dzielnice znajdujące się pod okupacją ZSRR, a Berlin Zachodni był białą plamą, tak jakby jego istnienie było wielką tajemnicą.
Domyśliłem się, że proradziecka administracja Honekera nie pozwalała publikować w DDR- ach żadnych informacji o życiu na Zachodzie. Był to temat cały czas bolesny dla wszystkich obywateli DDR-ów. Wydawało mi się to dosyć dziwne. Prawie wszyscy DDR-owcy, a zwłaszcza ci, którzy mieszkali w pobliżu Berlina mogli oglądać codziennie wszystkie kanały zachodniej telewizji. Żadna cenzura nie była w stanie skutecznie temu przeciwdziałać, więc wszyscy obywatele i tak mieli pełną informację.
 Podczas późniejszego pływania mogłem się naocznie przekonać jak zachowują się radzieccy żołnierze w okupowanym kraju. Któregoś dnia będąc na rynku w jakimś DDR-owskim miasteczku zauważyłem kilku okupantów w mundurach. Jeden z nich, w charakterystycznej czapce z wielkim rondem, na jaką mówiliśmy lotniskowiec, chyba jakiś oficer, przewracał na jednym ze straganów koszule. Potem rozmawiał chwilę z handlarką, z którą chyba jednak nie doszedł do porozumienia, bo w chwilę później zaczął zrzucać towar na ziemię. Na koniec przewrócił stolik, na którym leżała cała odzież i śmiejąc się odszedł z kolegami. Pomyślałem, że nienawiść do Rosjan musi być w tym kraju potężna. Patrząc na handlarkę, która nie protestowała, gdy Rosjanin rozrzucał jej towar a po jego odejściu zaczęła spokojnie wszystko zbierać stwierdziłem, że strach musi być znacznie większy od tej nienawiści.






sobota, 24 czerwca 2017

"Łysa śpiewaczka" w Bydgoszczy

W 1981 roku W naszym mieście nie było zbyt wielu imprez masowych i nikt nie organizował żadnych festynów. Nie było wtedy nawet władz samorządowych, które mogłyby miasto promować. O ile dobrze pamiętam to chyba jednym z największych wydarzeń społecznych było święto pracy i pochód pierwszomajowy. Każdy gdzieś w tamtych czasach pracował i nie wszystkie soboty były wolne od pracy. Dzisiaj wyrażenie „wolna sobota” straciło już rację bytu i dla nowych pokoleń sobota to po prostu sobota.
Na początku lat 80-siątych całe życie towarzyskie toczyło się przede wszystkim w mieszkaniach, ludzie się odwiedzali i wspólnie imprezowali. Było wprawdzie w Bydgoszczy kilka lokali gastronomicznych, które jednak w powszechnej opinii uchodziły za spelunki i kilka eleganckich lokali, które były koszmarnie drogie. Dużą popularnością cieszyły się kluby studenckie, o odbywających się tam imprezach krążyły legendy. Ciężko mi było się tam dostać, bo nie byłem studentem. Uczyłem się wtedy w policealnym studium żeglugi śródlądowej na ulicy Świerczewskiego (teraz Świętej Trójcy), więc musiałem organizować sobie czas inaczej.                                                                      


Na pewien czas przylgnąłem do dwóch kolegów z mojej klasy, którzy zajmowali się organizowaniem dyskotek w różnych szkołach i zespołach szkół. Mieli oni cały niezbędny do tego sprzęt kolumny, wzmacniacz i błyskające światełka. Muzyka dyskotekowa puszczana na tych potańcówkach zupełnie do mnie nie przemawiała. W tamtych czasach całymi wieczorami, a nawet nocami słuchałem audycji trójkowych Wojciecha Mana i Marka Niedźwiedzkiego. Trzymałem rękę na magnetofonie i nagrywając poszczególne „kawałki”. Bardzo mnie denerwowały komentarze prowadzących audycję, wygłaszane po rozpoczęciu utworu, który akurat nagrywałem. Miałem wtedy magnetofon szpulowy, magnetofony kasetowe dopiero zaczynały się w Polsce pojawiać i były bardzo drogie.
Bardzo popularne było w tamtych czasach „polowanie” na muzyczne przeboje światowe, pojawiające się na antenie naszego radia. Zafascynowany byłem na przykład muzyką z albumu „Ściana” zespołu Pink Floyd, która pierwszy raz trafiła do Polski gdy byłem jeszcze w liceum. Nie można było kupić takich płyt w żadnym sklepie, bo ich nie było mam oczywiście na myśli płyty analogowe. Zaczęły one do nas trafiać z pewnym opóźnieniem, przywożone z zagranicy, a później podrabiane przez wytwórnie z krajów socjalistycznych i potrafiły osiągać zawrotne ceny. 
Chociaż więc, nie lubiłem muzyki dyskotekowej, uczestniczyłem w organizowaniu szkolnych dyskotek, głównie dlatego, że były to wtedy jedyne dostępne dla mnie imprezy. W Bydgoszczy było wtedy kilka lokali, które takie dyskoteki organizowały, jak na przykład „Zodiak”, „Muzyczna” czy „Sawoy” ale wejście na nie było dla mnie zbyt drogie. Na imprezy studentów w :Beanusie”, „Spinie” lub „Sezamie” trudno było się dostać.
Za organizowanie tych dyskotek dawano nam nawet jakieś niewielkie pieniądze, a za moją pomoc kumple odpalali mi zawsze jakąś małą działkę. Uważałem, że to sprawiedliwe, bo sprzęt i samochód, którym jeździliśmy należał do nich. Pieniądze nie były takie ważne,  liczył się darmowy wstęp na imprezę właściwie zamkniętą, zawsze udawało się nam przemycić jakiś alkohol. Prawie zawsze poznawałem tam dziewczyny, z którymi się później umawiałem na randki. Nie wszystkie szkoły decydowały się tego typu dyskoteki organizować, jednakże te mniej surowe ulegały namowom uczniów, których „kręciły”  nowoczesne i nowatorskie w tamtych czasach dyskoteki z aktualnymi przebojami.
Wieczory, w które nie organizowaliśmy dyskotek, spędzałem zazwyczaj razem z kolegą z ogólniaka, który zamierzał zostać geodetą. Uczęszczał on do Zespołu Szkół Budowlanych na ulicy Pestaloziego. Uczyło się wtedy w tej szkole wielu Afrykańczyków i ze zdziwieniem oglądałem ich pokoje w internacie przy ulicy Toruńskiej wyposażone w telewizory i lodówki. Mieszkali oni w takich pokojach pojedynczo, podczas gdy mój kolega mieszkał w pokoju tej samej wielkości wraz z trzema innymi polskimi chłopakami.
Zazwyczaj, wraz z kolegą, odwiedzaliśmy nasze szkolne koleżanki. Jako świeżo upieczone studentki mieszkały one w akademiku WSP na ul. Ogińskiego. Chodziliśmy razem do teatru na Rybim Rynku, galerii malarskiej Kaji i Solińskiego, która była wtedy gdzieś przy Dworcowej i do różnych kawiarni takich jak „Magnolia”, „Kameralna”, „Parnasik”. Pamiętam, że w galerii przy Dworcowej przesiadywaliśmy w większym gronie dyskutując czasami do późnych godzin nocnych. Siedząc na skrzynkach postawionych na betonowej podłodze, piliśmy ze szklanek wino albo herbatę przy nastrojowym świetle świec. Na ścianach wisiały obrazy malowane przez ludzi, z którymi rozmawialiśmy.


Któregoś dnia oglądaliśmy w BWA spektakl „Łysa śpiewaczka” w niecodziennej scenerii, bo poza teatrem. My, widzowie siedzieliśmy na podłodze sali wystawowej i zajmowaliśmy prawie całą jej powierzchnię z wyjątkiem prostokąta na środku, po którym poruszali się aktorzy. Nigdy przedtem ani potem nie miałem tak bliskiej styczności ze sztuką. Po spektaklu wspólnie z aktorami, z których najbardziej nam znany był Jerzy Zelnik, część widzów poszła do kawiarni artystycznej na ulicy Pomorskiej. Później została ona przemianowana na „Bar ludowy”. Z Zelnikiem nie udało nam się porozmawiać, był za bardzo oblegany, ale i tak długo jeszcze po tym zdarzeniu chwaliliśmy się znajomym, że byliśmy z Zelnikiem w kawiarni.


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276


środa, 31 maja 2017

Pomorzanin, zapach kina

Co robiliście po lekcjach w czasach szkolnych? W latach 80-siątych minionego wieku nie było lekko. Była niby koedukacja ale obyczaje były dość surowe, zwłaszcza w sprawach damsko męskich. Zazwyczaj chłopacy i dziewczyny włóczyli się po mieście osobno. Restauracje i kawiarnie były bardzo drogie, więc dużą popularność miały imprezy domowe, najlepiej jak ktoś miał wolną chatę. Dużo czasu spędzaliśmy w kinach, w których nie było wtedy czuć popcornu i plastiku. Kino pachniało w sposób oryginalny, nie dający się pomylić z niczym innym. Zapach był nieodłączną częścią kinowej atmosfery, która miała duży wpływ na odbiór filmu. No i te późniejsze dyskusje i rozmowy o filmach ....



Jeżeli rozmawialiśmy o filmach na pewno robiliśmy to z pasją, w miarę nowe filmy, które nas interesowały, można było obejrzeć tylko w kinie. Dwa programy naszej TV publicznej emitowały filmy raczej starsze, które były przebojami kinowymi 10 lat wcześniej. W związku z tym, że magnetowidów, kaset ani odtwarzaczy, jeszcze nie było, jedynym sposobem na obejrzenie filmów powtórnie, było pójście do kina drugi raz. Nie stanowiło to żadnego problemu, bo ze względu na małą ilość zakupywanych filmów, każdy z nich był wyświetlany w jednym kinie bardzo długo, a później był wyświetlany w kolejnym. W ten sposób jeden film krążył po bydgoskich kinach niekiedy nawet cały rok. Na takich filmach, jak „Wejście smoka”, czy „Gwiezdne wojny”, byłem kilkakrotnie, a niektórzy z moich kolegów nawet po kilkanaście razy.
 Byliśmy w takim wieku gdy szczególnie interesowały nas tzw. „momenty”, czyli sceny erotyczne. Film z „momentami” był szeroko dyskutowany jeden mówił o nim drugiemu i nie wypadało na takim filmie nie być. Jedyną barierą powstrzymującą nas przed spędzeniem w kinie wszystkich wieczorów, były ceny biletów. Czasami żeby ominąć ten problem, wchodziliśmy do kina całą grupą na jeden bilet. Składaliśmy się na niego wspólnie i jeden z nas, wchodził do kina „legalnie” wejściem. Po zgaszeniu świateł i rozpoczęciu projekcji, otwierał ustalone wcześniej wyjście, przez które wchodziła reszta grupy. Nie zawsze taki numer nam się udawał, bo zdarzało się, zwłaszcza gdy w kinie było mało wolnych miejsc, że po wyświetleniu kroniki filmowej, zjawiał się spóźniony użytkownik, któregoś z zajętych przez nas foteli. Światła były już wtedy wygaszone, więc przeważnie zjawiał się w towarzystwie biletera, który posługując się latarką odnajdywał wykupione przez niego miejsce. Żądano wtedy od nas pokazania biletu, którego przecież nie mogliśmy pokazać, bo go nie mieliśmy.
Zawsze więc, takim akcjom towarzyszyły emocje, ryzyko i czasami wstyd, ale wpadki tylko na krótko nas zniechęcały i powtarzaliśmy ten sam numer w innym kinie. Raz zdarzyło mi się wpaść w ten sposób w Pomorzaninie i po wyprowadzeniu z sali kinowej byłem obsługa kina spisała moje dane. Długo byłem  straszony, że jeżeli złapią mnie powtórnie, wezwą milicję. Bałem się więc drugiej wpadki w tym samym kinie. 


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276


sobota, 20 maja 2017

Milicja przegrywała także w Bydgoszczy

Oficjalne media publiczne PRL-u do końca lat 70-siątych XX wieku twierdziły, że jest nieźle, że władza jest we właściwych rękach i wszystko idzie ku dobremu. Tymczasem w rzeczywistości wcale nie było tak nieźle i sytuacja coraz bardziej wymykała się władzom spod kontroli. Dopóki jednak udawało się zagłuszać polskojęzyczne rozgłośnie w Europie i Ameryce oraz kontrolować drukarnie w Polsce niewielu obywateli o tym wiedziało. Mogli się tylko domyślać, że sytuacja nie jest najlepsza widząc pustki w sklepach. Zmieniło się to po 1980 roku między innymi za sprawą rozpowszechniających się w kraju kserokopiarek. Ich rola w pokonaniu władz PRL-u jest niedoceniana, a w 1980 roku w Polsce było ich coraz więcej, sprowadzały je urzędy, zakłady pracy, szpitale, itp., dla których to urządzenie stawało się niezbędne. Milicja oczywiście wszystkie kserokopiarki rejestrowała, a dostęp do nich miały wyłącznie sprawdzone osoby. Cóż z tego kiedy do kraju napływały takie urządzenia także nielegalnie i już nie dało się ich upilnować, blokada informacyjna zaczęła pękać i władzom trudno było już  ukrywać niewygodne fakty. Każdą informację można było za pomocą kserokopiarki szybko powielić i rozkolportować. Milicja i inne tego typu służby zaczęły przegrywać, bo o ile stosukowo łatwo było im wytropić nielegalną drukarnię, to wobec masowego napływu kserokopiarek byli już bezradni.



Tymczasem w całym kraj zachodziły poważne zmiany. Rząd przez cały rok słabo dogadywał się z Solidarnością i po rozpoczęciu przez nas we wrześniu nauki, obie strony zaczęły sobie grozić. Skończyło się to wszystko ogłoszeniem stanu wojennego, pacyfikacją strajkujących zakładów pracy, między innymi kopalni „Wujek” i masowymi internowaniami. Wszystko jednak działo się obok mnie, nie angażowałem się w działalność polityczną i nie miałem wyrobionych poglądów na temat tych zmian. Nie dawałem wiary państwowej propagandzie przedstawiającej strajkujących robotników jako zbrodniarzy i chuliganów, którzy przygotowywali przewrót. Nie do końca również przekonywały mnie informacje przekazywane za pomocą nielegalnych broszur, o całkowitym braku agresywności robotników i działaczy. Przypuszczałem, że prawda jak zwykle jest gdzieś pośrodku. Ograniczenia stanu wojennego odczułem tak samo jak wszyscy - kartki na żywność i papierosy, brak podstawowych produktów, godzina policyjna, zakaz podróży, mocno przefiltrowana telewizja i radio, odcięty, a potem podsłuchiwany telefon, brak normalnych gazet. 
Jeden raz oberwałem pałką milicyjną podczas rozpędzania grupy ludzi zgromadzonych przed przylepioną do muru odezwą. Jak się potem zorientowałem nie należało jej czytać. Nie miałem zresztą pojęcia, że chodzi o odezwę. Przystanąłem po prostu z ciekawości przy zbiegowisku ludzi i nie dość szybko usłyszałem podjeżdżającą z tyłu milicyjną Nyskę. Innym razem, przeżyłem przygodę podczas pobytu w akademiku WSP na ul. Ogińskiego. Ktoś wyrzucił w tym czasie kilkadziesiąt ulotek odbitych na kserokopiarce z okna tego budynku na IX piętrze. Kserokopiarek było wtedy w Bydgoszczy tylko kilka i musiały być rejestrowane, podobnie jak broń, czy radiotelefony. Ulotki mogły, więc być powielone na kopiarce nielegalnej lub przez nielojalnego pracownika instytucji rządowej, który miał do kserokopiarki dostęp. Dla milicji ustalenie pochodzenia ulotek było niezwykle ważną sprawą. Prawie natychmiast po rozrzuceniu wszystkie ulotki zostały wyzbierane przez milicjantów, którzy zapewne obserwowali zarówno akademik jak i okolice.
Nie trwało długo jak milicjanci weszli do budynku i zaczęli po kolei sprawdzać wszystkie pokoje, wzbudzając ogromne emocje. Specyfika tamtych służb bezpieczeństwa i porządku polegała na tym, że w zetknięciu z nimi każdy czuł się w jakiś sposób winny. Istniało tak wiele różnych ograniczeń i zakazów, że nie było sposobu na normalne funkcjonowanie bez naruszenia któregoś z nich. Udowodnienie komuś winy nie było dla funkcjonariusza żadnym problemem. Po pewnym czasie sprawdzający doszli do VII piętra, gdzie mieszkały koleżanki, u których przebywałem. Byłem już bardzo wzburzony i przez głowę przelatywały mi wszystkie moje grzeszki i przewinienia. Moje emocje i strach osiągnęły szczyt, gdy jeden ze sprawdzających, ubrany po cywilnemu, długo obmacywał moje dłonie. Jak się później dowiedziałem ich nadzwyczajna gładkość mogłaby wskazać, że niedawno obsługiwałem kserokopiarkę. Moje dłonie gładkie na szczęście nie były, a poza tym przebywałem w akademiku legalnie. Mój dowód osobisty leżał na portierni, więc zostałem uznany za niewinnego. W akademiku wolno było przebywać do godziny 22 i często, gdy planowałem zostać tam dłużej wślizgiwałem się  bez zostawiania dowodu. Nie było to szczególnie trudne, również tym razem wielu chłopaków przebywało nielegalnie, w tym żeńskim właściwie, akademiku, wszyscy oni zostali zatrzymani do wyjaśnienia.


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276


czwartek, 26 stycznia 2017

Nieznane w Polsce zagrożenie


W naszym kraju nie mamy długich kanałów śródlądowych, więc nie ma też zagrożenia, że może z nich uciec woda. Posiadając długie, kilkuset kilometrowe odcinki kanałów, które przebiegają często kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt metrów nad poziomem okolicznych terenów, nad  polami i drogami, a nawet nad rzekami.




Niemcy musieli, więc zastosować nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Gdyby nagle woda uciekła z odcinka kanału o długości np. 150 km, wszystkie znajdujące się na tym odcinku barki (zapewne całe setki) osiadłyby na dnie, niektóre by się przełamały, mocząc lub gubiąc towar i powodując straty. Ponadto stanęłyby wszystkie zakłady produkcyjne, które czerpią wodę z kanału.
W celu ograniczenia ewentualnych strat Niemcy zbudowali i utrzymują w ciągłej sprawności system stalowych zapór. Przypominają nieco wrota śluzy, wiszą nad kanałem w newralgicznych punktach i w razie potrzeby mogą być zdalnie opuszczone zatrzymując wodę w kanale. W ten sposób system zapór pozwoli w przypadku jakiejś awarii ograniczyć wyciek wody do krótkiego odcinka. Nigdy nie widziałem, żeby takie zapory opuszczano ale ryzyko ucieczki wody na pewno istnieje. 





Kanał na którym się właśnie znaleźliśmy ma ponad 320 km długości i jego kilometraż zaczyna się od skrzyżowania z Dortmund – Ems – Kanal i liczony jest do skrzyżowania z rzeką Łabą, zaczęliśmy więc płynąć w kierunku kilometra 0, odległego o 320 km. Mitellandkanal łączy więc rzekę Łabę z dorzeczem Renu, tak jak Kanał Bydgoski Odrę z Wisłą. Dzięki wykorzystaniu Noteci i Warty Kanał Bydgoski ma tylko 25 kilometrów, jest więc, od Mittellandu o wiele krótszy. Na Mittellandzie są tylko dwie śluzy ale Kanał Bydgoski nie może się z nim równać pod względem infrastruktury. Oświetlone miejsca postoju i awanporty, umocnione  na całej długości brzegi, miejsca poboru wody. Wzdłuż Mittellandu powstało dużo portów, porcików i przystani jachtowych. Odchodzące od niego boczne kanały łączą go z odległymi nawet portami, takimi jak: Bedingen, Hildesheim, Osnabrük.

*

 Na tym pierwszym odcinku Mittellandu, w okolicach Łaby obydwa jego brzegi są wysokimi wałami, na które trzeba wejść, żeby zobaczyć pola i łąki po ich drugiej stronie, położone trochę poniżej poziomu wody w kanale. Po minięciu rozjazdu ze ślepym zaułkiem, który zostawialiśmy po prawej burcie, przepłynęliśmy jeszcze około 20 km i zatrzymaliśmy się na nocleg przy lewym brzegu kanału w pobliżu miejscowości Haldensleben


Fragment mojej książki: http://www.mybook.pl/6/0/bid/276